Zaczynając liceum poznałam wielu nowych ludzi, nowa klasa i w ogóle. Nikogo pewnie nie zdziwi jeśli powiem, że moim adoratorem okazał się być kolega z klasy. Na początku wszystko było dobrze. Siedzieliśmy razem w ławce, wygłupialiśmy się. Z czasem zaczęliśmy niewinnie flirtować. Znajomi w klasie robili nawet zakłady czy okażemy się pierwszą parką w klasie i chyba można powiedzie, że mieli rację, bo rzeczywiście później zaczęliśmy ze sobą chodzić. Wszystko wydaję się być idealne, a gdzie jest haczyk? O chłopaku nie można było powiedzieć, że jest mega przystojny wręcz przeciwnie, puszysty z głupią fryzurą. Byłam skłonna przymknąć na to oko, bo w końcu najważniejszy jest charakter, no nie? A on był jednym z tych chłopaków, którzy patrząc tylko i wyłącznie na charakter są perfekcyjni. Pierwsza "randka" była niesamowita. Chłopak naprawdę się postarał. Zabrał mnie na romantyczny spacer po nocnym mieście. W tamtej chwili byłam najszczęśliwszą osobą na świecie, ale bajka skończyła się gdy tylko pożegnałam go pod drzwiami swojego domu. Dopiero wtedy dotarły do mnie myśli, że to nie ma sensu, bo ja wcale nie chcę z nim chodzić! Nie mogłam przestać o tym myśleć. Sytuacja robiła się coraz gorsza, kiedy on przychodził do mnie w każdą przerwę
( w międzyczasie zmieniłam klasę), a ja miałam go totalnie dość. Nie umiałam powiedzieć mu, że nic z tego nie będzie. Ciągnęłam to przez kilka miesięcy po prostu się nim bawiąc, bo on zaangażował się dość konkretnie, a ja traktowałam go podle. Z perspektywy czasu bardzo tego żałuję, ale liczyłam, że przez to sam zrozumie, że nie chcę z nim chodzić. Nie zauważyłam, że i mi zaczyna coraz bardziej na nim zależeć. Nie odtrącałam go, bo nie chciałam go zranić. Dokładnie tydzień temu swoją głupotą doprowadziłam do naszej pierwszej kłótni i naszego "zerwania" ( w cudzysłowie, ponieważ nigdy nie rozmawialiśmy o tym, żeby by razem, samo tak wyszło) i wyznałam mu prawdę.
Od tamtej pory chłopak ignoruje mnie na korytarzu i udaje, że mnie nie zna i, o ironio, strasznie mi to przeszkadza, bo ja chcę by było jak dawniej! Brakuje mi go. Czy to nie zabawne, że doceniamy to co mieliśmy dopiero kiedy to stracimy?
Za bardzo przyzwyczajamy się, do obecności tego nawet niezbyt lubianego aspektu, że kiedy zaczyna go brakować chcemy go coraz bardziej i bardziej.
A czym jest miłość? Według mnie z miłością mamy do czynienia kiedy martwimy się o drugą osobę bardziej niż o nas samych, przy czym nie idealizując tej osoby. Jeśli nawet nie patrząc przez tak zwane różowe okulary nadal jesteśmy w stanie zrobić dla tej osoby wszystko, to wtedy możemy mówić o miłości.
A czym dla was jest miłość? Czy macie kogoś na oku, a boicie się zagadać? A może to do was ktoś czuje sympatię? Zapraszam do dyskusji w komentarzach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz